Patent na idiotów anulowany

25 grudnia 2008 · Autor: Joanna Bucior  

Czym właściwie jest amerykański patriotyzm? Ckliwym wzruszeniem, atlantycką martyrologią narodu dotkniętego tragedią 11 września czy godną do naśladowania postawą obywatelską? Nie można zrozumiec Ameryki patrząc soczewkami nawilżonymi refleksyjnym klimatem Starego Kontynentu. Z perspektywy Europy USA to bezduszne centrum McŚwiata - światynia wiktorii, ojczyzna burger kinga i king of TV stupidity-reality show. Siłę oddziaływania “american lifestyle” można by mierzyć determinacją dzieciaków z jaką chcą udac się na frytki z BigMac’iem (plus w kazdym zestawie pluszak :) zamiast wdrapywac sie ostatkami sił na Wieżę Mariacką podczas edukacyjnej wycieczki do Krakowa. Taki kontestujący obraz Stanów Zjednoczonych pielęgnowany jest w świadomości europejczyków także dzięki produkcjom filmowym Larsa von Triera - skad inąd reżysera, który nie odbył jeszcze podróży śladami Kolumba. Zarówno jego “Tańcząc w ciemnościach” jak i “Dogville” z premedytacją rozprawiają się z mitem demokracji, sprawiedliwości społecznej, jedności obywateli i imigrantów w ojczyźnie Busha. W naszej szerokości geograficznej wszystko co odziedziczylismy z zachodniej kultury jest z gruntu rzeczy albo kiczowate albo masowo wyprodukowane malutkimi rączkami wyzyskiwanych chińczyków.

Przyznaje, że z takim właśnie bagażem krytyki wyladowałam na lotnisku O’Hare w Chicago w czerwcu tego roku. Z jednym marzeniem nie ulec filozofii “easy come easy go” i nie wrócic do kraju w wersji “super size me”. Dopiero po trzech miesiacach spędzonych za oceanem, konfrontacji z miksem klaustrofobicznego downtown z modelowymi osiedlami rodem z “Truman Show” okraszonymi multikulturalnym sosem z ulgą zrzuciłam europejski “płaszcz konrada”. Bezwstydna prawda jest taka, że można bez reszty i rozsądku zadurzyć się w Ameryce. W nieznajomych na ulicy, którzy co rano kiedy wychodzisz do pracy z uśmiechem zadają nieśmiertelne bezpretensjonalne: How do you do? W ekspedientkach nadskakujących klientowi, ktory chce kupić skarpetki dla teściowej. Ktoś powie: to efekt PR-u, płytkie, koniunkturlane uprzejmości bez znaczenia. Trudno dyskutowac z taką retoryką. Jednak życie w taniej fikcji rysowanej wymuszonym “fine” zamiast spuszczonego wzroku i swojsko brzmiącego “co sie k…patrzysz?” ma swoje niewątpliwe uroki. Daje poczucie bezpieczeństwa nawet mojej słowianskiej naturze.

Jedno pytanie towarzyszyło mi podczas mojej amerykanskiej przygody i powracało notorycznie być może jako pierwszy uboczny efekt studiów politologicznych. Co łączy w całość tą masę ludzi, różnorodność tradycji, religii, odmnienne korzenie kulturowe… W jednym z waszyngtońskich muzeów diagnoza wskazuje na trzy zasadnicze spoiwa: media, sport, armia. Mnie natomiast zastanawia fakt emocjonalnego traktowania symboli narodowych: flagii, hymnu, wreszcie konstytucji. Przy okazji święta narodowego w każdym ogródku szanującego sie Amerykanina dumnie powiewa narodowa flaga - i nikogo w tym momencie nie obchodzi czy właściciel trawnika był za Bushem czy Kerrym w ostatnich wyborach. I nie wynika to bynajmniej z ignorancji ludzi. Animozje życia politycznego to stała część codziennego profanum, Ojczyzna i Naród to już lewel sacrum. Piotr Gillert w opublikowanym na łamach lipcowej “Rzeczpospolitej” artykule “Urodzeni 4 lipca” podkreśla z namaszczeniem właśnie role “religii obywatelskiej” jako klucza do kultywowania wartości “narodu” w jego niejednorodnej formie. Powracając do pytania o patriotyzm Amerykanów warto zwrócić uwagę, że środek ciężkości nie pada tu zatem na ideę państwowości jak w modelu promowanym w rodzimym kaczogrodzie.

Gdzie leży prawda o Ameryce? Na dystans i obiektywizm stać będzie zapewne dopiero przyszłe pokolenia. Dziś możemy śmiać się z geograficznych i historycznych braków w edukacji statystycznego Amerykanina. Stereotyp Amerykanina-troglodyty jest tak samo prawdziwy jak przekonanie, że każdy Szkot to skąpiec, a Polak to pijak i złodziej. Stary kontynet powinien bez urażonej ambicji czerpać z doświadczenia potomków Lincolna, szczególnie dziś w obliczu problemów z asymilacją muzułmanów i separatystycznych roszczeń mnniejszości narodowych. Na tej ziemi żyją już od wieków wyznawcy wszystkich religii, przedstawiciele każdej z ras i każdego kontynentu… Może warto byłoby zaczać importować zza Wielkiej Wody coś poza niestrawnymi hamburgerami i Kaczorem Donaldem, tym bardziej, że akurat jeśli chodzi o nasz kraj na deficyt krewnych tego ostatniego narzekać nie możemy…

Wypowiedz się!

Daj nam znać, co Ty o tym myślisz...
Acha, jeśli chcesz, by przy Twoim komentarzu wyświetlał się avatar, zarejestruj się na gravatar.com!

Zastrzeżenie odpowiedzialności