Cuda, cuda ogłaszają…

Dodano 25 grudnia 2008 · Autor: Łukasz Stach  

/Tekst jest wyrazem subiektywnych poglądów autora/

Minęło już ponad pół roku od momentu zmiany warty i odsunięcia, ku uciesze wielu komentatorów naszego życia politycznego, od władzy partii Prawo i Sprawiedliwość. Razem z nią odeszło – ja się wydaje – do lamusa hasło budowy IV RP. Władzę objęła koalicja Platforma Obywatelska – Polskie Stronnictwo Ludowe, a premierem został Donald Tusk. Nowy Prezes Rady Ministrów w swym ekspose nie szczędził obietnic, nawiązując przy tym do cudu gospodarczego Irlandii. Polska zasługuje na cud gospodarczy stwierdził nowy premier, wpisując się w długą polską tradycję odwoływania się do sił wyższych, co w samo sobie nie jest czymś bulwersującym. Natomiast sytuacja przedstawia się nieco gorzej, gdy siłom wyższym zostawiamy myślenie o naszym kraju, sami natomiast nie robiąc nic, ewentualnie przyczyniając się o psucia państwa. Nieprzypadkowo na początku felietonu odwołałem się do wyszydzonego chyba na wszystkie możliwe i niemożliwe przypadki hasła IV RP. Hasło to zaczęło żyć własnym, życiem, stopniowo tracąc swe pierwotne znaczenie. Nie było ono bowiem wymysłem Jarosława Kaczyńskiego czy innego polityka przedstawianego jeszcze nie tak dawno jako zagrożenie dla demokracji, ale krakowskiego politologa Rafała Matyji. Hasło IV RP nawiązywało do konieczności dogłębnej reformy państwa polskiego, co pod koniec rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej stało się oczywiste. Afera Rywina odsłoniła kulisy sprawowania władzy i tworzenia prawa w Polsce, i potwierdziło tylko opinie większości naszego społeczeństwa o jakości polskich elit, nie tylko politycznych. Nie było to przypuszczenie wzięte z powietrza, w rankingach korupcji Polska regularnie pięła się w górę, stając się w pewnym momencie najbardziej skorumpowanym państwem UE. Przeprowadzenie tych koniecznych reform, właśnie pod szyldem IV RP, a dokładnie zbudowanie państwa przyjaznego obywatelom miało być zadaniem kolacji PO – PiS, której powstanie wydawało się w roku 2005 oczywistością. Tyle tylko, że nagle stała się rzecz niespodziewana – PO, murowany faworyt wyborów parlamentarnych we wrześniu 2005 roku - przegrała, minimalnie ale jednak z PiS-em. Kolejnym zimnym prysznicem dla Platformy była porażka jej lidera Donalda Tuska w wyścigu prezydenckim i Polska nagle stała się krajem rządzonym przez bliźniaków. W atmosferze wzajemnych urazów i idiosynkrazji pomysł koalicji PO-PiS stopniowo gasł, aż wypalił się całkowicie. Dwie do niedawna zaprzyjaźnione partie oddzieliła nagle przepaść nie do pokonania, do czego walnie przyczyniła się narastająca wzajemna niechęć, wyrażająca się m.in. w słownych atakach na niedawnych potencjalnych sojuszników. Zwycięski PiS zabrał się do budowania IV RP z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, partiami zupełnie nie przystającymi do wizerunku nowoczesnego państwa. Partia Andrzeja Leppera była wręcz symbolem słabości III RP, jej lider ostentacyjnie kpiący z prawa, a wręcz świadomie je łamiący nagle miał zostać jednym z architektów budowy państwa prawa. Druga partia, mająca charakter narodowo-katolicki, porażona była przez postrzeganie świata w li tylko tych kategoriach, wydając się nie dostrzegać, że świat od czasów Dmowskiego cokolwiek się zmienił. PiS, będąc w koalicji z tak nieprzewidywalnymi koalicjantami, jednak próbował zbudować IV RP. Budowa ta odbywała się pod hasłem walki z „układem”, a partia Jarosława Kaczyńskiego zabrała się do tego z gracją słonia w składzie porcelany. Nieprzychylna dla tej partii postawa większości mediów powodowała, że błędy tej formacji były nagłaśnianie do granic możliwości, co nie sprzyjało budowniczym nowej, złośliwie rzecz ujmując, prawej i sprawiedliwej, Polski. Liczne błędy popełnianie przez PiS oraz opór materii (wystarczy napomknąć o reakcji pewnego środowiska na zniesienie limitów dostępu do zawodów prawniczych) spowodowały, że reforma państwa utonęła nagle w niekończącej się atmosferze sporów, walki, podsłuchów, medialnych aresztowań i konferencji prasowych, przy czym w tych ostatnich celował zwłaszcza pewien młody minister sprawiedliwości. I tak stopniowo pomysł IV RP uległ ośmieszeniu, a potem zaginął w ferworze coraz ostrzejszej walki. Rozpad koalicji PiS-Samoobrona-LPR postawił Jarosława Kaczyńskiego w sytuacji sprawowania władzy przez rząd mniejszościowy. Słupki sondaży nie były dla PiS-u nieprzychylne i stąd podjęta została decyzja o przedterminowych wyborach. Wydawało się, że PiS ma szanse pokonać zupełnie niewyraziste wtedy PO, tyle tylko, że nikt nie mógł przewidzieć łez posłanki PO Anny Sawickiej. Osoba ta wykazała się dużą znajomością tematyki związanej z prywatyzacją szpitali oraz z cukiernictwem, a zwłaszcza z kręceniem lodów. Nieopatrznie dała się nagrać, gdy w towarzystwie agenta Centralnego Biura Antykorupcyjnego snuła pewne plany z pogranicza wzmiankowanych powyżej branż. Tyle tylko, że bomba ta poraziła bardziej PiS niż PO. Ze łzami w oczach posłanka Sawicka przedstawiła siebie jako niecnie wykorzystaną ofiarę, co w naszym sentymentalnym społeczeństwie trafiło na podatny grunt. Bardziej poważniej mówiąc, PiS przeoczyło fakt, że walka z korupcją w naszym społeczeństwie już nie cieszy się takim poparciem, Polaków bowiem bardziej już interesują sprawy bytowe. Summa summarum, zwycięzcą wyborów 2007 została PO. I w tym momencie wracamy do punktu wyjścia, czyli owych wspomnianych cudów. Cuda cudami, ale bez własnego wysiłku i reformy państwa nie staniemy się nowoczesnym krajem i nic nam nie pomoże bycie w czołówce najbardziej katolickich społeczeństw Europy. Tymczasem okazało się, że strategia PO jest prosta – jest nią Public Relations – czyli PR, skrót który zrobił ostatnimi czasy furorę w naszej polityce. Ze smutkiem można zauważyć, że sprowadzona została ona do tylko tego wymiaru - kreowania wizerunku. Uśmiech, miłość i zaufanie to rzeczy istotne, ale nie są w stanie zastąpić one niezbędnych reform. Tymczasem okazało się, że PO stopniowo wycofuje się z złożonych Polakom obietnic, odkładając je ad calendas Graecas. Sztandarowe pomysły PO – takie jak podatek liniowy czy jednomandatowe okręgi wyborcze - nagle rozpłynęły się niczym poranna mgła w palących promieniach słońca. Oczywiście – reforma systemu emerytalnego też nagle odeszła w niepamięć, przecież nie jest ona możliwa w koalicji z partnerem „ludowym”, dla którego przywileje płynące z Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznegosą – posługując się terminem zaczerpniętym z I RP – źrenicą wolności. Reforma służby zdrowia, finansów publicznych, edukacji czy szkolnictwa wyższego odbywa się na razie w sferze deklaratywnej, swego rodzaju wysyłania balonów próbnych mających przetestować reakcję na poszczególne, w sumie mgliste postulaty. Natomiast sferę pijaru PO ma opracowaną całkiem nieźle, a wysokie sondaże uspokajają liderów PO. Taka taktyka działania, a właściwie niedziałania podyktowana jest, przynajmniej w mej opinii, pragnieniem Donalda Tuska zostania prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Ciekawe to pragnienie w kraju, gdzie realna władza należy do Parlamentu i Rady Ministrów. Wydaje się, że taka postawa jest podyktowana nie kalkulacją polityczną, ale chęcią zmazania odium porażki w wyborach prezydenckich roku 2005. Makiaweliczny scenariusz przewidujący wzmocnienie kompetencji prezydenta, po to aby zachować władzę raczej nie wchodzi w rachubę, zwłaszcza w świetle konfliktów z obecnym prezydentem Lechem Kaczyńskim i debaty o osłabieniu roli prezydenta. W każdym razie, kalkulacja PO wydaje się być następująca, korzystając z dobrej koniunktury gospodarczej w kraju odkładamy niepopularne decyzje do momentu wyborów prezydenckich i – być może – kolejnych wyborów parlamentarnych. W kontekście słabości opozycji, PiS bowiem wydaje się być pogrążony w stagnacji natomiast środowisko polskiej lewicy ulega stopniowej dekompozycji, strategia taka może przynieść spodziewane owoce. Obietnice cudów, boisk w każdej gminie, dostępu do Internetu i dokarmiania głodnych dzieci nie zastąpią jednak niezbędnych reform. Odejmie z Ministerstwa Finansów prof. Stanisława Gomółki jest wyraźnym sygnałem zarzucenia ambitnych reform. O ile Prawu i Sprawiedliwości zarzuca się skręt w stronę Radia Maryja, to rządowi Tuska można ironicznie zarzucić trwanie, po to by poprzez unikanie trudnych decyzji wysokie poparcie dla PO i premiera utrzymało się na dotychczasowym poziomie. Tymczasem strategia taka – o ile ona została trafnie przez mnie zdiagnozowana – jest niekorzystna dla kraju. Polska stoi bowiem przez poważnymi wyzwaniami, zarówno na arenie międzynarodowej jaki i w polityce wewnętrznej. Prestiżowa sprawa organizacji Euro 2012 pokazuje bezwład aparatu państwa polskiego, dla którego wybudowanie sieci autostrad i kilku nowoczesnych stadionów wydaje się być zadaniem ponad siły. Na arenie międzynarodowej toczy się debata o kształt UE, stanowisko Rosji wobec Polski nadal możne określić mianem „chłodne”, a w relacjach z USA stoimy przed decyzją o umieszczeniu w Polsce elementów tarczy antyrakietowej. Aktualnie Polska znajduje się w korzystnej sytuacji geopolitycznej, która jednakże może ulec zmianie w perspektywie już średniookresowej. Narastanie tendencji imperialnych w Rosji, powstanie Europy „dwóch prędkości” oraz zmiana w amerykańskiej polityce zagranicznej na kierunek bardziej izolacjonistyczny byłoby dla naszego kraju poważnym zagrożeniem. Takiego, przyznaję czarnego scenariusza, jednakże nikt nad Wisłą nie traktuje poważnie. Łatwiej bowiem obiecywać cuda niż dokonywać próby strategicznych analiz i wyciągać z nich wnioski. Obecna korzystna sytuacja Polski jest najlepszym momentem do umocnienia instytucji naszego państwa i przeprowadzenia niezbędnych reform, inaczej zmiana koniunktury w polityce międzynarodowej może doprowadzić do poważnego zagrożenia integralności terytorialnej, a wręcz suwerenności Polski. Odwoływanie się wtedy do sił wyższych nie pomoże, jak zwykle.